Muzyka

Ania Leon „Łezki” | Nie czas na łzy

Po Pętli od KIWI i Nocnych Zmorach LUNY, które zapisały się w tegorocznej muzyce jako najciekawsze pierwsze albumy kobiece na rodzimej scenie muzycznej, na radarach pojawiła się kolejna debiutantka, która powinna wzbudzić w nas ekscytację. Ania Leon i jej Łezki dołączają do wcześniej wymienionego, mimo wszystko, różnorodnego grona, dopełniając wysyp bardzo dobrego dark electropopu w Polsce.

Intrygujący kierunek pokazała już w ramach projektu Kayaxu XX Rework, w którym zaserwowała słuchaczom własną interpretację przeboju Krzysztofa Zalewskiego Miłość Miłość. Słychać było, że artystkę kręci tłusta elektronika, połączona z dobrymi tekstami i popowym sznytem. Wśród swoich interpretacji wymienia Billie Eilish, BANKS, Lorde oraz Sevdalizę, i wpływy każdej z nich wybrzmiały już w singlach. Tytułowe Łezki to elektronika, której nie powstydziłaby się pierwsza z wymienionych artystek. Tak samo jak mojego ulubionego spośród singli Tańcz, które mogłoby się znaleźć na debiutanckim When We All Fall Asleep, Where Do We Go. BANKS słyszę w trzecim Chemistry, szczególnie w tych partiach, w których bit naprawdę dociska. I w tych skojarzeniach nie ma niczego złego. Ania Leon brzmi jak córka swoich inspiracji, biorąc od każdej z nich to, co w nich najlepsze. Jest mrocznie. Jest surowo. Biorąc pod uwagę polską muzykę, wyjątkowo.

Jestem ogromnym fanem tej live sesji nagranej na Wawelu!

Dawkowane single okazały się jedynie przedsmakiem tego, co Ania Leon zaprezentowała na Łezkach. Na pierwszy plan wybijają się dwie piosenki, które wręcz wyrywają do bounceowania. Pierwsze z nich, Zamilcz, mogą kojarzyć najwierniejsi użytkownicy TikToka, bo jego instrumental został wykorzystany w kampanii jednej z marek kosmetycznych (której jedną z myśli przewodnich był zresztą „bounce”). I śmiem twierdzić, że w wersji koncertowej to musi być istny dynamit. Drugie, Przypadki, wydane jako singiel dzień przed premierą albumu, są najbardziej radio friendly (to chyba kwestia tego chwytliwego hooku) i też najbardziej porywającą tutaj piosenką. Jeżeli któraś z nich miałaby trafić do szerokiego grona odbiorców, to byłyby to właśnie one, bo uzależniają. Ania Leon brzmi też bardzo dobrze po angielsku, i choć osobiście wolę artystkę w wersji polskiej (Chemistry i You N I otrzymujemy z polskim tekstem jako bonus tracki), Got2Go (podczas którego moje słuchawki są na skraju wytrzymałości, uwielbiam ten instrumental) czy Paranoid nie ustępują na krok choćby tej inspiracyjnej czwórce, która powraca tutaj po raz kolejny. Łezki to debiut niemal bezbłędny, nie zamierzam owijać w bawełnę.

Dla kogoś, kto tak jak ja nie śledził rozwoju zdarzeń wokół Ani Leon sprzed projektu Kayaxu, można powiedzieć, że pojawiła się znikąd i pozamiatała. I choć jeszcze pół roku w muzyce przed nami, jestem wręcz przekonany, że Łezki namieszają w rankingach najlepszych albumów podsumowujących na koniec ubiegłe dwanaście miesięcy. Jeszcze niedawno narzekałem, że brakuje mi dobrego dark popu na polskiej scenie muzycznej, a wystarczyło pół roku, by moje pragnienie zostało zaspokojone. Choć przyznam, że jeżeli mielibyśmy odkryć kolejne tak wartościowe głosy w rodzimej muzyce popularnej, to naprawdę chcę jeszcze więcej. I więcej! „Łezki lecą, lecą łezki” śpiewa w swoim debiutanckim singlu, ale szkoda łez, gdy debiutuje się w takim stylu!